Wielka Muzyka w Małej Auli Politechniki Warszawskiej!! W programie występ amerykańskiej skrzypaczki Rachel Barton Pine!!
Zapachniało wielkim światem, więc kiedy córcia spytała, czy chciałabym na to pójść, bez namysłu powiedziałam- tak! Kupiła bilety. I raptem w nocy przed koncertem tak mi skoczyło ciśnienie, że się wystraszyłam. Nawet nie samego skoku, bo to dla mnie nie nowina, ile faktu, że niczym nie udawało mi się ciśnienia zbić. Żal, że stracę koncert, na który się nastawiłam, problem, co zrobić z biletem... Tak było pół dnia, ale lata praktyki swoje robią- do wieczora ciśnienie się unormowało i na koncert pojechałam!
No, warto było! Orkiestra symfoniczna w pierwszej części zaprezentowała utwory Pendereckiego i Sibeliusa- w hołdzie Wisławie Szymborskiej, w drugiej części Cztery pory roku-Vivaldiego z towarzyszeniem orkiestry zagrała amerykańska wirtuozka. Na bis zagrała solo Wieniawskiego i coś z muzyki amerykańskiej.
A wszystko to w takim otoczeniu, że oczy bolą!
-----------------------------
Dziś od rana nadawane są wiadomości o śmierci Whitney Houston. Wielki głos... wielka strata... Dlaczego tak trudno udźwignąć sławę?... :(
Całe ludzkie życie kręci się wokół miłości: poszukiwania, przeżywania, utraty...Cała kultura inspirowana jest tą podstawową potrzebą człowieka- potrzebą bliskości, zaufania, poczucia bezpieczeństwa.
Nie tak dawno po raz pierwszy usłyszałam tę piosenkę i urzekła mnie od pierwszej chwili. Jest prawdziwa... jak samo życie...
Coś mi stanęło na przeszkodzie, żeby obejrzeć ten zewsząd polecany film w kinie. I rzeczywiście chciałam go obejrzeć, więc gdy się pojawił jako dodatek gazetowy, kupiłam bez zastanowienia, chociaż wydatek był spory- 29,99 zł. /Nawiasem mówiąc: uwielbiam tego typu ceny- czuję się traktowana jak półgłówek, który różnicę jednego grosza potraktuje jako niebywałą okazję taniego zakupu!/ Ostatecznie, gdybym się wybrała do kina, koszt- z podróżą- byłby zbliżony, więc nie było nad czym rozpaczać.
Wczoraj obejrzałam.
Początek nie zapowiadał się nadzwyczajnie i nawet włączyłam swój krytycyzm... by po kilku chwilach ostatecznie go wyłączyć i zatopić się w nostalgicznej baśniowej opowieści. Nie jest to bynajmniej komedia do uchachania a raczej wzruszająca ballada o pięknie miejskich zaułków, o przemijaniu i ciągłości, o patrzeniu przez pryzmat idei i pieniądza- a wszystko to podane lekko, jakby muśnięciami pędzla zakochanego malarza... Piękny film!
W pierwszym odruchu chciałam biec do komputera, pisać o ogromnej stracie, wyrwie nie do zasypania... zrezygnowałam- i wcale nie żałuję. Obejrzałam film Katarzyny Kolendy- Zaleskiej "Chwilami życie bywa znośne" i były to cudowne chwile spędzone z poetką, kobietą wzruszającą w swym przeżywaniu życia, w którym jest miejsce na filozoficzną zadumę, ale i na dziecięcą zabawę z wycinankami, na celebrowanie przyjaźni i zdziwienie niespodziankami świata.
Dziękuję Pani Kasiu - Pani i wszystkim tym ludziom, dzięki którym mogłam ze szczerym uśmiechem, pełnym wzruszenia i zachwytu, pobyć przez kilka chwil z naszą Noblistką, pouczestniczyć w jej prywatnym życiu, poznać ją jako dobrego, mądrego a przy tym dowcipnego człowieka.
Mogłam ten film oglądać z uśmiechem, bo tak naprawdę Szymborska nie odeszła, została z nami w swoich wierszach, w swoim uśmiechu, w swoim namyśle nad światem...
W gruncie rzeczy, jeśli śmierć nie jest wyzwoleniem od cierpienia, to chyba żadnej nie da się nazwać potrzebną.
Dziś myślę o zachowaniach nieodpowiedzialnych, ryzykownych i bezmyślnych, które do śmierci niekoniecznie prowadzą, ale też i niepotrzebnie z nią igrają. I wcale nie tylko o brawurowe młodzieńcze wybryki chodzi, bo i dorosłych stać na skrajną lekkomyślność! Dwóch facetów wybrało się na ryby- na jezioro, przy -15'C, -20'C!!! Dziś ich odnaleziono, niestety, obaj nie żyją. Grupa ludzi, nieodpowiednio wyposażona i przygotowana, przy załamującej się pogodzie ruszyła w góry- szczęśliwie przeżyli, udało się sprowadzić ich na dół. O kierowcach wsiadających po alkoholu do samochodu nie wspomnę...
Takie przykłady można by mnożyć. Jest ich na gęsto.
Powiem, że gdy czytam/słucham o podobnych przypadkach, czuję złość, że tak się nie szanuje życia i zdrowia, że tak głupio naraża się nie tylko siebie ale i tych wszystkich, którzy potem z ogromnym oddaniem ruszają na ratunek. I myślę, że po to dany jest człowiekowi rozum, by z niego korzystał, by starał się przewidywać konsekwencje własnego postępowania, by takich bezsensownych śmierci- jak te na Śniardwach- było jak najmniej.
Bardzo mi się podoba to dodawanie słowa "inaczej". Jest politycznie bardzo poprawne, ogromnie pojemne treściowo a jednocześnie tak wyraziste, że natychmiast wiadomo, o co chodzi! ;) I tak jak w tytule napiszę "młoda i piękna inaczej" to jasne jest, że starocie- to raz, o mocno poszarzałej urodzie- to dwa, ale coś w niej mimo wszystko jest na tyle zaczepne, że prawdopodobnie da się z nią pogadać. Bo to "inaczej" daje dystans, mrugnięcie okiem, sygnał, że być może nie będzie nudno.
Ostatnio dużo słyszę o wchodzeniu kobiet w wiek średni i że wtedy to już tylko - młoda duchem. Przepraszam- a to jakoś gorzej??! Znam dziewczyny młode ciałem o zniszczonym duchu: naburmuszone, skapcaniałe, depresyjne, z wiecznym żalem do siebie, bliskich i całego świata. To z dwojga złego wolę swoje stare ciało, które przez lata całkiem nieźle mi służyło i dodatek w postaci młodego ducha, który ciągle jeszcze nie rezygnuje i czerpie życie po swojemu. ;))
Mariusz Szczygieł to dziennikarz /pisarz już też/ zakochany w Czechach a Czesi to taka nacja, która tak długo dłubie w trudnej sytuacji aż ją oswoi, znajdzie w niej pozytywy, umości się i zaczyna się w niej czuć zupełnie znośnie, żeby nie rzec całkiem wygodnie.
I tak sobie pomyślałam, że wśród moich przodków musieli być jacyś Czesi, bo ich filozofia życia jest mi bardzo bliska. Krotko mówiąc -carpe diem, kochani, carpe diem! :)
Na złość babci, czyli chybiona lekcja dobrych obyczajów
W porównaniu z poprzednimi temperaturami tej zimy dzisiejszy dzień był dość mroźny. Uwaga o tyle ma znaczenie, że wyostrzy spojrzenie na zaistniałą sytuację.
Autobus już był przepełniony, ale ostatnie wolne miejsca jeszcze były. Niby małe dziecko spokojnie mogłoby usiąść na kolanach mamy, ale nie miałam odwagi o to poprosić /mimo, że minęło sporo czasu, doskonale pamiętam, jaka to udręka wybierać się dokądkolwiek z maluchem środkami państwowej komunikacji/. Podeszłam do młodziana rozpartego leniwie na siedzeniu, zatopionego w muzyce. Na siedzeniu obok leżał jego plecak i kurtka.- Można?- zapytałam grzecznie acz stanowczo. Spojrzał na mnie z takim zdziwieniem, jakbym co najmniej chciała mu usiąść na kolanach, ale jednak po pewnym namyśle zwolnił mi miejsce koło siebie. Po chwili wszystkie miejsca były już zajęte, tak że gdy do autobusu wsiadła młoda kobieta z może 4-letnim chłopczykiem, mogła jedynie liczyć na grzeczność i życzliwość współpasażerów.
W tym miejscu dygresja.
Całe życie zrywałam się na równe nogi, gdy wsiadała ciężarna, inwalida, matka z dzieckiem itp., powiedziałabym, że to był odruch. Od dłuższego czasu ustępuję miejsca w zupełnie sporadycznych wypadkach, gdy wsiada kompletnie siwiuteńki staruszeczek bądź staruszeczka a nikt młodszy ode mnie nie kwapi się do zaproponowania swojego miejsca siedzącego. I nie jest to wynik mojej znieczulicy, po prostu w którymś momencie dotarło do mnie, że znalazłam się w takim przedziale wiekowym, że nie ja ustępuję a mnie można ustąpić, tak więc jeśli jest coś wolnego, to siadam i nie zawracam sobie głowy, że obok mnie stoi ktoś starszy /niewykluczone, że może być młodszy ode mnie, w końcu w dowód nie zaglądam!/. Tak więc, wracając do poprzedniego wątku, siedziałam i spokojnie obserwowałam rozgrywającą się scenę.
Kobieta, z widocznym niezadowoleniem, omiotła wzrokiem pozajmowane miejsca i zatrzymała się, jakby na coś czekając. Chętnych chwilowo nie było.- Ja chcę usiąść!- zgłosił zapotrzebowanie chłopczyk. -Siadaj na schodkach!- zarządziła i posadziła go na podłodze naprzeciwko środkowych drzwi autobusu. Zrobiło się z lekka niezręcznie, więc młoda dziewczyna wstała:- Proszę, niech pani siądzie z tym dzieckiem!- Bez odzewu. Kobieta kompletnie zignorowała propozycję, po czym ostentacyjnie usadowiła się na tych schodkach koło synka. Sytuacja zrobiła się groteskowa: matka z dzieckiem siedziała na podłodze, dziewczyna stała w przejściu, nie bardzo wiedziała, jak się ma zachować, fotel był wolny! Ktoś nie wytrzymał:- Niech pani siada, skoro ta pani nie chce.- Nie wiem, może ta pani się zdecyduje.- odpowiedziała dziewczyna. Pani zareagowała dłuższym monologiem, że są młodzi mężczyźni, którzy z pewnością mają żony i dzieci i że to od nich należy pewnych rzeczy wymagać! Następnie zgłosiła pretensję do kierowcy, że nie poinformował o braku wolnych miejsc, żeby człowiek mógł dokonać wyboru, czy chce jechać w TAKICH warunkach, czy woli poczekać na następny autobus /w tym miejscu przypominam, że był spory mróz!!/. Następnie wzięła dziecko na kolana. Chłopczyk usnął. Dziewczyna po jakimś czasie z powrotem zajęła wolne miejsce.
Przyznam, że rozbawił mnie ten incydent i to tym bardziej, że czterokrotnie była możliwość zajęcia normalnego wygodnego miejsca a uparte babsko wciąż siedziało na schodkach autobusu demonstrując oburzone niezadowolenie. Co osiągnęła? Nic - poza brakiem zrozumienia u pasażerów, ewidentną niewygodą i ewentualnym przeziębieniem dziecka, bo od drzwi ciągnęło chłodem. I o co jej właściwie chodziło: że miejsca ustąpiła jej młoda dziewczyna a nie młody mężczyzna??
Po raz pierwszy spotkałam się z tak absurdalną i kompletnie dla mnie niezrozumiałą sytuacją.
Było to w 2004, pewnie gdzieś w połowie roku. W jakiejś gazecie trafiłam na sensacyjny tytuł "Modigliani za 27 mln"
No, nie ma co mówić- wyobraźnia zaczęła pracować. Mieć taki obraz, sprzedać go za połowę wylicytowanej ceny a potem bić się piętami po tyłku do końca życia! Pomarzyć można przez chwilę, ale do realiów tak czy owak trzeba wrócić. Takiego obrazu to ja, niestety, mieć nie będę...
Jak to nie będę?!! Mogę go mieć! Sama go zrobię!
Byłam wtedy na etapie niemal nieustannego tkania różnych różności. Obraz wydał mi się względnie prosty do wełnianego odtworzenia, więc postanowiłam go zrobić, właściwie jakby w ramach przekory, bo kobitka jakoś szczególnie mnie nie zachwyciła. Powiem nawet, że to wielkie różowe dupsko z lekka mnie zniechęcało, ale- słowo się rzekło! Ponadto byłam ciekawa, jak się czuje człowiek wieszający na ścianie Modiglianiego. To prawda, że nie oryginał, ale zawsze...
No i do roboty. I wyszło, co wyszło- oto efekt:
Co różowe, to jeszcze bardziej różowe, co jasne, to u mnie ciemniejsze- daleko mi było do zachwytu. Wyszło tak sobie i nawet nie wieszałam na ścianie. Zadowolona byłam jedynie z tego, że pracę jednak dokończyłam.
Całkiem niedawno trafiłam w internecie na galerię obrazów Modiglianiego i dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo udało mi się skrzywdzić leżącą różową madonnę. Szkoda gadać! Ale było już po wszystkim!
No to przechodzę do meritum: pomóżcie mi wycenić moją pracę. Jak widać z całości wpisu nie darzę jej najmniejszym sentymentem i chętnie się jej pozbędę za psi pieniądz a być może komuś w sypialni nad łożem małżeńskim by to pasowało. Przy okazji mam ochotę zrobić drobny a dobry uczynek i nawet zainwestuję w przesyłkę, przy czym wcale nie oczekuję pieniędzy za wysłany gobelin. Wyobrażam sobie, że osoba, która otrzyma przesyłkę wpłaci darowiznę na rzecz Karoliny Buczmy /młoda matka chora na raka, wcześniej o niej pisałam/. Drobiazgi można dogadać e-mailowo. Myślę, że w mojej propozycji nie ma nic nielegalnego...
Przypuszczam, że sam sznurek na osnowę wart jest z 10 złotych, więc od tej kwoty zacznijmy. Co Wy na to? ;)
Do przeczytania książki Danuty Wałęsowej przede wszystkim zmotywowały mnie krytyczne blogowe notki i komentarze. Ciekawa byłam, na ile się potwierdzą w moim odbiorze. Rewelacji literackich się nie spodziewałam, spodziewałam się raczej konfrontacji z własnymi wspomnieniami z okresu lat 80-tych z pozycji zapracowanej żony i matki.
Zaczęłam czytać i... wsiąkłam z uszami! Książka dosłownie mnie zauroczyła!
Nie będę omawiać treści, bo być może są jeszcze chętni do czytania, więc nie chciałabym im odbierać przyjemności indywidualnego zapoznawania się z książką. Wymienię tylko to, co według mnie jest pozytywem:
-odnoszę wrażenie, że książka jest szczera i prawdziwa, że nie ma w niej koloryzowania i przekłamań,
-przybliża sytuacje i problemy z życia rodziny Wałęsów, z których nie zdawałam sobie sprawy, choć teoretycznie powinnam mieć ich świadomość,
-nie unika tematów trudnych,
-zawiera przemyślane oceny osób, sytuacji i wydarzeń- w moim odbiorze odważne i dojrzałe, choć nie wszystkie z nich podzielam,
-przekaz jest barwny i plastyczny.
Reasumując: książka potwierdziła mi mało ciekawy obraz Wodza, choć jestem przekonana, że nie taka była jej intencja. Pokazała mi też w nowym świetle Wałęsową, o której zawsze myślałam z dużą sympatią, choć ze wstydem przyznaję, stereotypowo i dość krytycznie.
Jestem pełna uznania dla pani Danusi. Podziwiam jej odwagę i bezkompromisowość, przy jednoczesnej wielkiej skromności. Wałęsie cała suma życiowych doświadczeń niewiele dała, pozostał taki sam jak zawsze był- egotyczny i zapatrzony w siebie. Jest prosty a zadufany i - całkowicie niereformowalny. Jego żona nieprawdopodobnie się rozwinęła i bardzo dojrzała intelektualnie i emocjonalnie, czego najlepszym dowodem jest jej książka. Przeczytałam z dużym zainteresowaniem i niniejszym wyrażam duży szacunek za całokształt! Wielkie brawo, pani Danuto!