sobota, 21 listopada 2009
UWAGA!!! NOWY WIRUS CH-N U-T!!
W poprzedniej notce utyskiwałam nad robieniem ludziom wody z mózgu w sprawie wirusowej. W którymś momecie dyskusja komentarzowa skręciła w nieco inną stronę- i dobrze!
Otóż pojawiła się bardzo ciekawa inicjatywa dokładania wszelkich starań, aby w Polsce rozprzestrzeniał się nowy wirus CH-N U-T /chamstwu- nie! uprzejmości- tak!/ i by nowa, pożądana tym razem, epidemia rozlała się szeroko po całym kraju. :)))
Jakby to było sielsko, gdyby Polacy przestali skakać sobie do gardeł, oblewać wiadrami pomyj, podejrzewać o najgorsze bezeceństwa świata! Nierealne marzenia?- niekoniecznie! Może nie uda nam się od razu całego świata zbawić, ale jeżeli w naszym otoczeniu zrobi się trochę cieplej i milej- to już jest c o ś!!!
Bodajże w przypowieściach ojca de Mello jest opowiadanie o człowieku, który szedł brzegiem morza i wrzucał z powrotem do wody wyrzucone przez fale ostrygi. - Przecież to wszystko jedno, to bez sensu!- zauważył przypadkowy przechodzień.- Wszystkich i tak nie uratujesz!! - Masz rację!- zgodził się człowiek.- Ale tej, która wróciła do morza, na pewno nie jest wszystko jedno! I ona czuje sens!
Dziś Światowy Dzień Życzliwości. Bądźmy dla siebie mili i uprzejmi, bądźmy życzliwi -tylko jeden dzień- co nam to szkodzi? A może się spodoba? Może się z tym dobrze poczujemy? A może przedłużymy o następny dzień i następny, i następny, i.... To byłoby najpiękniejsze uzależnienie świata- uzależnienie od uprzejmości i życzliwości. I nie mam nic przeciwko takiemu uzależnieniu! ;)))
piątek, 20 listopada 2009
Epidemia, pandemia, A H1 N1, czyli świńska grypa

Ponieważ Qasavara pozwoliła mi wykorzystać żarcik ze swojego bloga, natychmiast z pozwolenia korzystam!
Nasze szanowne media dostały jakiegoś amoku i jeśli ktoś nie przybył do szpitala w stanie ciężkim, ewidentnie czują się zawiedzione i panie redaktorki/ panowie redaktorzy dociskają do ściany biednych lekarzy, aby wydusić z nich jakoś, że może jednak pacjentowi się pogorszyło- no, rzygać się chce normalnie!!
Ludzie! Nie dajmy się zwariować, bo jeszcze trochę a zaczniemy się zachowywać jak mieszkańcy Stumilowego Lasu i wcale to nie będzie wesołe! :((
czwartek, 19 listopada 2009
Wszystkim

WSZYSTKIM ELŻBIETOM, ELOM, ELUŚKOM, ELKOM, ELUŃKOM ... itp. - 100 LAT W ZDROWIU I POWSZECHNEJ SZCZĘŚLIWOŚCI A RADOŚCI I SATYFAKCJI- KAŻDEGO DNIA!
NIECH WAM SIĘ WIEDZIE TAK DOBRZE, JAK TO TYLKO MOŻLIWE!! :)))
piątek, 13 listopada 2009
Już więcej nie kupię!
Kocham śledzie w oleju. Ale nie kocham roboty przy śledziach, bo długo potem wszędzie czuję ich zapach i czasem pozwalam sobie na gotowce. Bardzo rzadko, bo- choć generalnie kucharką jestem byle jaką- bardziej smakują mi te własnej roboty.
No i ostatnio się nadziałam. Kupiłam słoik śledzi. Wiejskie filety śledziowe z cebulką firmy Lisner za 11.90. Nie jestem drobiazgowa, ale w tym konkretnym przypadku rozsierdził mnie koszt cebuli, bo w gruncie rzeczy kupiłam wiejską cebulę z filetami śledziowymi. Zastanowiła mnie technika napełniania słoików, bo po bokach faktycznie widać było śledzie, ale cały środek zapakowany był cebulą. Nawyciągałam jej dwie spore górki; po mojemu ze 3 cebule poszły na około półlitrowy słoik. Ostatecznie, po oddzieleniu cebuli, śledzi zostało już całkiem niewiele.
Jako że w każdej sytuacji staram się znaleźć coś pozytywnego, uznałam, że może to i lepiej, że śledzi tak mało, bo były takie sobie, żaden rarytas! Ale czułam się zrobiona w konia, bo po odliczeniu kosztów cebuli jeden zabiedzony śledzik powinien kosztować może nieco mniej niż dwa złote! Chyba jednak cokolwiek przydrogo!!
W ten sposób firma Lisner ma jedną klientkę do tyłu! Pewnie się zbytnio nie zmartwią, ale ich produktów już więcej nie kupię!
czwartek, 12 listopada 2009
Imiona
Za parę dni imieniny drugiej listopadowej Elżbiety- tej bardziej popularnej; większość Elżbiet właśnie 19-ego ma swoje święto. Przeleciałam listę Krewnych-i-Znajomych-Królika i czarno na białym wyszła mi pewna prawidłowość. Otóż w moim otoczeniu prym wiodą dwa imiona: Elżbieta właśnie i Anna.
Ta świadomość przywołała pokłady magicznego myślenia. I tak: do każdego człowieka- jako to mądre księgi powiadają- przypisany jest znak zodiaku i związane z nim cechy charakterologiczne, liczba- zgodnie z teorią numerologii przynosząca szczęście, minerał... to może i imię ma jakieś niezwykłe znaczenie?! To dawaj do książki z imionami... i strasznie się zawiodłam- nic niezwykłego, nic tajemniczego!!
Niby autor coś tam między wierszami wspomniał o świętości, zakonie Elżbietanek, ale żadnej wróżby z tego dla mnie wyskrobać się nie dało, toteż chwilę pomyślałam i doszłam do wniosku, że tak jak u Barei "Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki!", to u mnie będzie- "Wszystkie Elki/Anki to fajne dziewczyny!" i że po prostu mam szczęście do tego imienia, bo moda na określone imiona zawsze falowała a lata xyz obfitowały w wysyp Elżbiet/Ann. Po prostu! ;)))
Po prostu mam szczęście! :))
niedziela, 08 listopada 2009
Wiem lepiej, co jest dla ciebie dobre.
Tytuł w pełnym brzmieniu:- Wiem lepiej, co jest dla ciebie dobre i wszystko, cokolwiek robię czy mówię, jest właśnie dla Twojego dobra!
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem aniołem i zdarza mi się też odwołać do pozycji "ja wiem lepiej", ale ostatni incydent- mam nadzieję- skutecznie mnie z takich zapędów wyleczy, bo nie masz to jednak jak nauka na własnym grzbiecie!
Zdarzało mi się bronić własnych granic: prawa do własnych wyborów, własnych upodobań, wreszcie prawa do własnych błędów i całkiem nieźle sobie z tym radziłam, nawet asertywnie- spokojnie ale stanowczo i konsekwentnie. I lepiej lub gorzej działało. Każda taka obrona była jednocześnie obroną własnego "ja" i udowadnianiem- sobie przede wszystkim- że nie jestem wielbłądem, że ma prawo mi się podobać to, co niekoniecznie podoba się innym; że mogę podjąć decyzję, mnie tylko dotyczącą, niekoniecznie zgodną z oczekiwaniami pozostałych...itd, itd.
Nie muszę dodawać, że każda podobna różnica zdań i obrona swojego stanowiska, zawsze mnie sporo kosztuje, bo zanim złapię równowagę, najpierw sobie nadokładam, bo przecież... obiektywnie racja wcale nie musi być po mojej stronie i czasem trudno mi się dogrzebać oparcia w sobie i dotarcia do prostej prawdy, że istotą dobrego życia jest prawo wolnego wyboru i umiejętność obrony własnych granic. Nawet, jeżeli się to komuś nie podoba!
Ostatni incydent przekroczył już wszelkie granice absurdu. Uświadomiłam sobie, że ktoś tam wyobraża sobie, iż wie lepiej niż ja sama, o czym myślę i czego chcę naprawdę... i tego już nie zdzierżyłam!! Zbyt daleko i bezceremonialnie wtargnięto na moje prywatne poletko! Asertywność z rozmachem ciepnęłam w kąt i poszłam na żywioł! Oj, działo się, działo!
Już mi przeszło! Nabrałam dystansu do sprawy, wyciszyłam się... I znowu się złapię z życiem za bary! Przez jakiś czas będzie po prostej ...a ja nabiorę nowych sił! Już znowu nie jest źle! ;)))
piątek, 06 listopada 2009
Wrrrrrrrrrrrr !!!

Dziś tylko tyle! Muszę się nieco uspokoić i przespać z problemem. Ale jakaś notka będzie z tego na pewno!!
czwartek, 05 listopada 2009
I-C-E
Dostałam do rozpropagowania apel o wpisanie do komórki numeru sygnowanego symbolem ICE /in Case of Emergency/, który służyłby do szybkiego skontaktowania się z bliskimi w krytycznej sytuacji- np. wypadek samochodowy. Dla podania grupy krwi, chorób i leków, ewentualnych alergii itp, itp.
Wpisuje się więc ten symbol / ICE1, ICE2... gdy więcej osób/ i numer, z którym należy się połączyć.
Oczywiście porozsyłałam e-maila wszędzie, gdzie się tylko dało, ale potem przyszło mi do głowy, że internet jest skuteczniejszy i ma większy zasięg niż e-maile, więc i tu wsadziłam.
I cytat: "Pomysł łatwy, nic nie kosztuje,a może ocalić życie. Akcja ma zasięg europejski"
No, to poczujmy się Europejczykami i wbijmy sobie do komórek ICE i numery najbliższych nam osób. Oby nigdy nie trzeba było z tego korzystać, ale... strzeżonego....!
piątek, 30 października 2009
Kocham cię, mamusiu...
Jakoś niedawno była na blogu Agry / przepraszam, to chyba nie tajemnica?/ rozmowa o okazywaniu uczuć, o tym, jak małe dziecko potrafi okazać miłość nie tylko przytuleniem się czy buziakiem, ale też słowami- co jest znacznie trudniejsze.
Przypomniał mi się wtedy wierszyk okolicznościowy, wygłoszony "ku czci mamy" na akademii szkolnej przez mojego synka i moje zawilgocone wzruszenie...
I otóż wracam ci ja z "kijkowania" do domu- telefon. Dzwoni ten sam , tyle że już bardzo dorosły synek, i słyszę:- Dzwonię, żeby ci powiedzieć- kocham cię, mamusiu i jestem z ciebie dumny!
Najpierw mnie zatkało, oczywiście pozytywnie, potem pomyślałam, że syn docenił mój wysiłek "kijkowania", o którym musiał się przypadkiem dowiedzieć, po czym - już na spokojnie dopytałam, o co chodzi i dowiedziałam się, że podobał mu się mój sposób prowadzenia bloga. No, miło mi się zrobiło niebywale!
I gdzieś w tyle głowy pojawiła się myśl: - Czy ja kiedykolwiek powiedziałam swojej matce/ojcu tak po prostu i zwyczajnie- kocham cię?... Chyba nie, nie mogę sobie przypomnieć... U nas w domu nie mówiło się o uczuciach. Było oczywiste, że kocha się rodziców i chyba oni o tym wiedzieli... przecież musieli wiedzieć! Teraz myślę, jaka to dla nich była ogromna strata- nigdy nie usłyszeć "kocham cię, mamusiu". Już im tego nie powiem...może stawiając kwiaty na płycie?...
Pomyślałam też, jakie to ważne umieć powiedzieć o uczuciach, jak wiele dobrego dzięki temu się dzieje... jak robi się ciepło i serdecznie...
Kocham Cię, Synku! Kocham Cię, Synku! Kocham Cię, Córeńko! Kocham Was, Wnusiowie! Kocham Cię, Staruszku...
Postaram się powtarzać to Wam jak najczęściej!
środa, 28 października 2009
Jeszcze nie wieczór
Dobry dzień, choć bardzo intensywny i emocjonalny- dlatego piszę.
Ciekawy wykład na UTW. Psychologia. Zawsze mnie interesowała. Jak być szczęśliwym i co to właściwie jest szczęście. Super temat, podany w atrakcyjnej formie wykład, okraszony dykteryjkami i niewymuszonym poczuciem humoru prowadzącej. Godzina przeleciała jak z bicza strzelił.
Spotkanie ze znajomymi paniami i miłe poczucie, że na nowym miejscu jestem już całkiem przyzwoicie zadomowiona.
Wreszcie film. "Jeszcze nie wieczór" Jacka Bławuta. Kupując bilet miałam mocno mieszane uczucia: z jednej strony bardzo chciałam go zobaczyć, skonfrontować z czytanymi wcześniej recenzjami; z drugiej- bałam się jego ciężaru, grozy samotnej, schorowanej starości, nieuchronności śmierci.
Film rewelacyjny! Właściwie wszystkie w jedną wiązkę zebrane ochy i achy i tak nie oddadzą wszystkich moich emocji, tego co przeżyłam. Po raz pierwszy od dłuższego czasu miałam ochotę bić brawo po zakończeniu filmu. To był koncert: obserwacji, prawdy psychologicznej o człowieku, gry aktorskiej, urzekającego klimatu, gdzie wzruszenie przeplata się ze śmiechem, by w niepokoju zastygnąć z tym śmiechem na ustach. Znakomity film o ludzkiej starości we wszystkich jej odcieniach- śmieszności i nieporadności, dziwactwach i chorobie. Kreślony tak ciepło, z takim wyczuciem i serdecznym uśmiechem, tak ujmujący...że jeszcze we mnie tkwi i pewnie zajmie ważne miejsce w zbiorach pamięci.
Bardzo się cieszę, że go obejrzałam! Świetny, optymistyczny film mimo dramatu choroby i śmierci...mimo świadomości nieuchronności przemijania.
|
|