RSS
środa, 31 marca 2010
Przedświątecznie

Zaledwie kilka dni do Świąt a u mnie dziwny spokój i brak emocji. Okna pomyłam, firany poprałam, pasztet upiekłam, bigos gotowy, białą kiełbasę kupiłam, reszta... - jeszcze w sklepie. Jakoś przestałam panikować, że koniecznie musi być to, tamto i owo. Będzie to będzie, nie będzie, to też się przez to świat nie zawali!

Jakoś nie mam serca do tych Świąt... bożenarodzeniowymi cieszę się już od połowy grudnia a te są dla mnie wyjątkowo trudne, mimo że wiosna, ciepło i wszystko budzi się do życia. No, jakoś tak to u mnie jest!

 

16:06, babciabezmohera
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 29 marca 2010
Testament

To i ostatnia sprawa, którą miałam do załatwienia tu na ziemi jest już poza mną. Nie sądziłam, że będzie to takie trudne: i z formalnego punktu widzenia, i emocjonalnego także.

Swoje lata już mam, co patrzę po klepsydrach, to coraz bliższa mi jest świadomość, że w porównaniu z tym, co widzę i tak już żyję na kredyt, więc... Krótko mówiąc źle by było, gdybym sprawy majątkowe zostawiła zabałaganione. Majątek nie za wielki, ale tak czy owak jakoś go trzeba podzielić.

Najpierw kupiłam książkę do Wyborczej o spadkach,  darowiznach i testamentach. Prawie się jej na pamięć nauczyłam, analizując od lewa do prawa i z powrotem- a i tak na swój konkretny przypadek nie trafiłam. Napisałam własnoręcznie tak, jak mi rozum i sumienie dyktowały i poszłam do notariusza, żeby sprawdził od strony formalno-prawnej i swoją pieczęcią poświadczył. Tu się okazało, że i tak po mojej śmierci trzeba to będzie sądownie uwierzytelnić a jeśli chcę tej drogi uniknąć, to trzeba napisać testament notarialny /odpowiednio wyżej wyceniony/. Chciałam mimo wszystko, bo chciałam dzieciom oszczędzić ciągania się po sądach.Oczywiście gromadzenie takich czy innych papierów, ale wreszcie mam to, co chciałam i testament mój, w eleganckiej kremowej teczce, leży w czarnej szafce.

Nie muszę chyba dodawać, że emocjonalnie też nie jest to komfortowa sytuacja, bo jest to jakby oficjalne pożegnanie się ze światem i wyrażenie zgody na własną śmierć, do której nikomu tak naprawdę szczególnie się nie spieszy...

Jestem z siebie dumna- mam to za sobą! I wielki ciężar spadł mi z pleców.

Teraz mogę już spokojnie żyć pełnią życia- jestem po remanencie! ;))

P.S. Najpierw się dziwiłam, że każde z małżonków pisze testament indywidualnie, bo przecież dzielimy wspólny dorobek, ale z drugiej strony- rzadko się zdarza, żeby razem zejść z tego świata... No to teraz mojego małżonka czeka powtórka z rozrywki! Jakoś tak się dzieje, że to ja przecieram szlaki!

15:50, babciabezmohera
Link Komentarze (13) »
niedziela, 28 marca 2010
Krogulec?...

Krogulcu, czy to przypadkiem nie Ty??!!!

Gdyby zamiast zwierzaczka /dobrze rozpoznałam świstaka, czy to jakiś stwór świstakopodobny?/ przed obiektywem aparatu stał ptaszek, nie miałabym cienia wątpliwości! ;)))

Ale niezależnie od tego, kogo zdjęcie przedstawia, uważam, że jest świetne! :)

14:42, babciabezmohera
Link Komentarze (9) »
niedziela, 21 marca 2010
Czasem trzeba

Czasem "dochodzenie do siebie" zajmuje okres dzieciństwa i młodości a czasem nieświadomość własnego JA wlecze się za nami bez przerwy i powoduje masę zawirowań i problemów życiowych.

Zanim tak naprawdę uporządkuję myśli przytoczę PIĘĆ PRAW FENSTERHEIMA, inaczej 5 praw asertywności, które przynależą każdemu człowiekowi:

 

1) Masz prawo do robienia tego, co chcesz- dopóty, dopóki nie rani to kogoś innego.

2) Masz prawo do zachowania swojej godności poprzez asertywne zachowanie- nawet jeśli rani to kogoś innego- dopóty, dopóki twoje intencje nie są agresywne, lecz asertywne.

3) Masz prawo do przedstawiania innym swoich próśb- dopóty, dopóki uznajesz, że druga osoba ma prawo odmówić.

4) Istnieją takie sytuacje między ludźmi, w których prawa nie są oczywiste. Zawsze jednak masz prawo do przedyskutowania tej sprawy z drugą osobą i wyjaśnienia jej.

5) Masz prawo do korzystania ze swoich praw.

 

"Asertywność to umiejętność pełnego wyrażania siebie w kontakcie z inną osobą czy osobami" /za: Maria Król-Fijewska, Trening asertywności/

Do tej krótkiej definicji, wziętej z internetu, dodałabym jedynie: wyrażania siebie bez agresji czy uległości. I tu- myślę- ważna uwaga: człowiek nie ma obowiązku a jedynie prawo do asertywnych zachowań, przy czym- żeby była jasność- asertywność jest fundamentem dobrostanu i wewnętrznego spokoju człowieka i warto do niej dążyć, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przekonywał, że w starciu z bandziorem nie mamy prawa do obrony poprzez agresję, bądź też salwowanie się ucieczką. Spokojne wyłuszczanie swoich racji byłoby po prostu głupie i niebezpieczne!

Najczęściej zachowania asertywne utożsamiane są z umiejętnością mówienia "nie", tymczasem wcale nie prościej jest powiedzieć "tak", gdy wewnątrz siebie mamy mnóstwo ograniczeń lub wątpliwości... Wcale nie jest łatwo poprosić kogoś o coś, gdy liczymy się z odmową lub wręcz się jej spodziewamy... Wcale nie jest łatwo upomnieć się o swoje i wcale nie jest łatwo swobodnie korzystać ze swoich praw. Myślę, że jedynie nieliczni są w naturalny sposób ludźmi asertywnymi, przekonanymi o własnej realnej wartości i prawie do miejsca na ziemi, funkcjonujący w zgodzie ze sobą i własnymi przekonaniami.

Czy jestem osobą asertywną? Staram się, ale nie zawsze mi to wychodzi. W dochodzeniu do siebie i wewnętrznego spokoju jestem jak ten wędrowiec z plecaczkiem gdzieś tam w puncie odległym jeszcze od celu, ale- idę, prę cały czas do przodu i tak naprawdę- to przede wszystkim jest dla mnie ważne! :)

Myślę, że kwintesencją asertywności byłoby ogólnie znane powiedzenie: Żyj i daj żyć innym! albo: Zauważ człowieka obok siebie, ale nie zapominaj i o sobie!

I...

"Nigdy nie rozcinaj tego, co można rozwiązać." /H.Jackson Brown/  Prawda, jakie to mądre?...

15:54, babciabezmohera
Link Komentarze (22) »
czwartek, 18 marca 2010
Przywabianie wiosny

Już się doczekać nie mogę, kiedy taki obrazek zobaczę w rzeczywistości! ;))

16:42, babciabezmohera
Link Komentarze (15) »
środa, 17 marca 2010
Powracająca melodyjka

Tak już mam, że lubię sobie nucić różne melodie. Przy prasowaniu, gotowaniu, marszu po zakupy. Czasem świadomie, częściej podświadomie... za jakiś czas dopiero łapiąc się na tym, że idę i mruczę coś pod nosem. Bywa, że melodia uczepi się jak rzep psiego ogona i nie daje spokoju, domaga się pełnego przypomnienia.

I tak właśnie jest od soboty!

Wybrałyśmy się z córcią na Przegląd Filmów Kiry Muratowej a żeby tak zupełnie szczerze, to mnie przede wszystkim zależało na występie Leonida Volodko, który w czasie godzinnej przerwy między projekcjami filmów Muratowej miał dać koncert pieśni Włodzimierza Wysockiego. Czyli de facto jechałyśmy na koncert, ale jako że przyjechałyśmy wcześniej, załapałyśmy się na film z 1962 roku "Nad urwiskiem".

Nie sądziłam, że tak stary film, w dodatku czystej wody produkcyjniak /o życiu na wsi, pracy w kołchozie, relacjach między kołchoźnikami/ tak bardzo potrafi trzymać w napięciu, wyzwoli tyle emocji. A tak przy okazji film przypomniał mi dwie stareńkie piosenki, które w latach 50-tych bardzo były u nas popularne. /Mój Boże! Wtedy piosenek było jak na lekarstwo, więc wszystkie znało się na pamięć!/

Jedna przeleciała przez głowę, wywołała lekki uśmiech przypomnienia- i już jej nie było! Za to druga jak mnie obsiadła, tak ani myśli popuścić! Ponoć to piosenka z rosyjskiego filmu "Dzieci kapitana Granta". Filmu nie oglądałam, ale piosenkę śpiewaliśmy przy różnych okazjach:

Był kapitan, dzielny chwat,

który zwiedził cały świat.

W jego żagle dmuchał wciąż

morski wiatr.

Nieraz ginął w czasie burz,

nieraz tonął na dnie mórz,

ale śmiał się,  ................./nie pamiętam!/

no i już!

................................/tu chyba cały fragment zapomniałam!/

 

Ref:

Panem mórz tylko ten z nas zostanie,

kto odważny i wesołą ma twarz,

pokaż więc, żeś ty zuch, kapitanie!

Jak banderę wciągnij uśmiech na swój maszt!

II

Ale raz, gdy morski prąd

rzucił go na obcy ląd,

wielka miłość przyszła doń

nie wiem skąd!

I kapitan, dzielny chwat

zaczerwienił się i zbladł,

bo zrozumiał, że tym razem to już wpadł!

Zgubił śmiech,

w oczach nikł

lecz tej pieśni nie zaśpiewał wtedy nikt!

Ref:

Panem mórz...

 

Piosenka mocno infantylna, ale żyć mi nie daje, jak się zakończyła przygoda miłosna dzielnego kapitana... czy była jeszcze trzecia zwrotka?... Może ktoś pamięta?... ;))

16:39, babciabezmohera
Link Komentarze (11) »
wtorek, 16 marca 2010
Groza fundamentalizmu

Jestem. Dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość!

***

Zachęcono mnie dzisiaj do obejrzenia na you tube wywiadu Hołowni z Cejrowskim. Miałam spore opory, bo z zasady nie oglądam żadnych programów z panem pierwszym kowbojem- szkoda mi zdrowia! Dziś dałam się namówić... Czy żałuję? Sama nie wiem, chyba jednak nie, choć po obejrzeniu trzech części wywiadu miałam wrażenie, że jestem blisko stanu przedzawałowego.

Fundamentalizm w czystej formie: prawda to ja! Nikt inny nie może mieć racji, bo jest ona wyłącznie po mojej stronie! Szlachtowanie bezkompromisowym osądem jak siekierą, to dobre- to złe, bo ja tak uważam- żadnych wątpliwości! Pewnie gdyby Bóg przypadkiem pojawił się przed Cejrowskim a śmiał pochylić się przy nim nad ludzkim dramatem, ten zlinczowałby Go w mgnieniu oka bez chwili wahania! Przerażające!!!

Riposty redaktora Hołowni odbijały się głuchym echem i to było równie przerażające, bo kultura, wysoki poziom intelektualny i umiejętność argumentowania prowadzącego nie znalazły najmniejszej szczeliny w pancerzu buty, pychy, arogancji, prymitywizmu i prostactwa jego interlokutora. Lekceważący wszystkich, rozwalony na krześle Cejrowski dumnie prezentował własne dobre samopoczucie.

Nadal nie do końca doszłam do siebie. Nie mogę zrozumieć, kto wypromował tego człowieka i w imię jakich racji?!

***

Następna myśl może ma związek z poprzednimi, może nie ma...

Jak to się dzieje, że ochrona danych osobowych obejmuje szantażystów a całkiem nie dotyczy ofiary- osoby szantażowanej? Jak to się dzieje, że za wiarygodnych świadków uznaje się szantażystów właśnie??

Jak będzie wyglądała waga, na szalkach której z jednej strony jest unicestwienie dotąd ogólnie szanowanego człowieka a z drugiej jego zachowanie w swoim własnym prywatnym domu, zachowanie, które nikogo- poza nim samym- nie skrzywdziło! Nawet jeśli takie zachowanie jest dziwne i niezrozumiałe, nawet jeśli budzi niechęć czy wstręt. Na Boga! Tyle tragedii rodzinnych dzieje dzieje się w czterech ścianach, często obok nas i pies z kulawą nogą się tym nie przejmuje a kamienujemy człowieka, bo nie podobają nam się jego preferencje seksualne, którymi się zresztą nie afiszował, których nie ujawniał, które zdobyto podstępem! Jak się ma do tego zwykła ludzka sprawiedliwość??!! Może mi to ktoś wytłumaczy, mój rozum tego nie obejmuje...

Straszny się ten świat zrobił, jakiś nieludzki, okrutny, nie do życia...

01:57, babciabezmohera
Link Komentarze (13) »
środa, 10 marca 2010
Przepraszam.

Przepraszam- kilkudniowa przerwa w dostawie notek. Z pozdrowieniami dla wszystkich. Babcia.

16:38, babciabezmohera
Link Komentarze (13) »
niedziela, 07 marca 2010
Bez powodu!

Podarowała mi ten obraz George_eliot. Zachwycający!  Umieszczam go tutaj w gruncie rzeczy bez wyraźnego powodu- a właściwie nie: powód jest! Chęć popatrzenia przez jakiś czas na piękną, subtelną kobietę i utwierdzenie się w przekonaniu, że takie kobiety też były- może są nadal?-a w każdym razie na pewno przynajmniej w wyobraźni i tęsknotach artysty...

I żeby zadość się stało stronie formalnej, podam informację dotyczącą twórcy: Francois Flameng- Fashionable beauty.

18:46, babciabezmohera
Link Komentarze (15) »
piątek, 05 marca 2010
Kobiecość w czystej formie

Przyszedł czas, kiedy sporo się mówi o kobietach, więc pozwolę sobie i ja swoje trzy grosze wtrącić.

Jaką mam wizję kobiecości w czystej formie? Całkowicie romantyczną, nierealistyczną i absurdalną, bo niemal odczłowieczoną. "Moja" kobieta to ktoś bardzo subtelny i delikatny, ciepły i empatyczny, opiekuńczy i miły, dobry, godny szacunku i podziwu...

Można byłoby tak nawijać godzinami, bo ideał mieści w sobie wszystkie wytęsknione i oczekiwane cechy, cechy, które chciałoby się widzieć u siebie i u innych kobiet... No!!! Pewnie! Takich kobiet-ideałów po prostu nie ma!  Ciekawe, dlaczego? Przecież w mojej wizji nie ma słowa na temat urody, sylwetki, wzrostu czy wagi. Skupiłam się wyłącznie na wartościach -nazwijmy to- duchowych. Jak to się dzieje, że tak trudno rozwijać dziewczęcość, potem kobiecość, w tym kierunku?

Wydaje mi się, że na przeszkodzie stoi dwóch śmiertelnych wrogów: brak poczucia własnej wartości oraz brak wiary w siebie a te braki pojawiają się i narastają już od wczesnego dzieciństwa. I- o ironio!- zaczynają się od urody właśnie! Tej tak obecnie lekceważonej i pomijanej przeze mnie!!!

Jedna z blogerek ze śmiechem zauważyła, że wszystkie pozytywy na temat własnej urody stwierdza się po czasie, gdy przestaje to mieć tak wielkie znaczenie. Święta prawda! Bo dopiero mając lat ...dzieści, ... dziesiąt można bez zahamowań spojrzeć w tył i względnie obiektywnie popatrzeć na istotę, którą byłam kiedyś, przed laty. I wtedy pojawia się bezbrzeżne zdumienie:- Skąd się we mnie brało tyle kompleksów? Dlaczego aż tak bardzo nie wierzyłam w siebie i w swoje możliwości?? W końcu byłam zupełnie niczego sobie! ;)

Chyba wiem... Kiedyś niezmiernie ważna była ocena innych ludzi i cień cienia wątpliwości powodował szereg nieprzespanych i przepłakanych nocy. Dziś nauczyłam się szukać oparcia w sobie. Nie oznacza to, że ocena innych jest dla mnie nieważna- nadal jest ważna, ale nie jest już wyznacznikiem mojej samooceny. I głównie chyba o to właśnie chodzi! Bo jeśli się żyje w zgodzie ze sobą i własnym systemem wartości, to i o ludzką akceptację łatwiej!

A uroda? A jakie to ma znaczenie, czy jestem ładna, czy brzydka, zgrabna czy nie, skoro mnie samej dobrze jest ze sobą a i ludzie w moim otoczeniu nie narzekają... ;)))

13:40, babciabezmohera
Link Komentarze (11) »
Archiwum
Zakładki:
Ciekawostki internetowe
Http://piosenka-turystyczna.w.interia.pl/Zlota%20kareta.htm