RSS
środa, 30 kwietnia 2008
Matura, cały czas matura.

Zastanawiam się nad fenomenem tego pierwszego dorosłościowego stresora. Wszyscy, sami zainteresowani i ci w pobliżu, nieodmiennie, co roku dają się wkręcić w atmosferę nerwowości i napięcia maturalnego. Racjonalnie rzecz biorąc, nie ma to większego sensu, bo: człowiek spięty gorzej myśli, waga tego egzaminu jest porównywalna do wielu innych, czekających w dalszym życiu a uzyskanie matury nie jest równoznaczne z automatycznym osiągnięciem dojrzałości, na co zdawałaby się wskazywać nazwa egzaminu etc. etc. Logika sobie a nerwy sobie. Skądinąd zdumiewające jest, że sami maturzyści na ogół są spokojni i pogodni, za to ich bliscy świrują ponad miarę.
Skąd się to bierze?!

Swoją maturę zdawałam przeszło 40 lat temu- jak ten czas leci, no, no, no! Było lepiej niż teraz, gorzej? Nie wiem, niewątpliwie inaczej. Zasadnicza różnica to ta, że matury nie można było poprawiać, tzn. można było ponownie zdawać maturę, ale wyłącznie po powtórzeniu ostatniej klasy licealnej /wtedy była to klasa XI/, w związku z czym każdy rękami i nogami bronił się przed drugorocznością i największe olewusy brały się za powtórki i uzupełnianie dziur w wiadomościach z różnych przedmiotów.

Egzaminy pisemne były z j. polskiego i matematyki. Z polskiego nie było żadnych testów. Dyktowano zestaw trzech /czy czterech- nie pamiętam/ tematów wypracowania, kilka minut na zastanowienie i deklarowało się wybór jednego z nich, po czym pisało się przez 5 godzin na brudno i na czysto. Mogło się zdarzyć, że zabrakło czasu na przepisanie pracy w całości i wtedy oddawało się czystopis wraz z brudnopisem. Z matematyki wyboru już, niestety, nie było, był za to podział na grupy, żeby uniemożliwić ściąganie. Po pisemnych ileś czasu na sprawdzenie prac i wywieszano listę z nazwiskami uczniów dopuszczonych do egzaminów ustnych, potem harmonogram kto w jakim dniu zdaje - wszystkie ustne zdawało się jednego dnia! Komisje przedmiotowe przy różnych stolikach. Losowanie zestawów pytań, jedna osoba odpowiada, druga w tym czasie przygotowuje się do odpowiedzi. I tak z kilku przedmiotów.

Po wszystkim. Jak ci poszło? Beznadziejnie! Mnie też! Chyba oblałam!... i czekanie, czekanie- do dziś nienawidzę czekać na cokolwiek. Niech się już stanie nawet najgorsze, byle nie czekać!! 

Wreszcie cała grupa zdająca tego dnia jest już po egzaminach ustnych, komisja się naradza, zapraszają wszystkich do klasy- zdaliśmy! Co za ulga!

Nie lubię wspominać swojej matury, ale gdy teraz śledzę w gazetach testy egzaminacyjne, to myślę, że tamte matury sprzed 40 lat były kaszką z mlekiem w porównaniu z tym, czego się obecnie wymaga od maturzysty i to nie tylko w zakresie wiedzy ale i istotnego ograniczenia limitu czasu. Wszystko w biegu i na tempo!

Mocno trzymam kciuki! Mocno!! Tak mocno, jak tylko potrafię!!! ... i tylko patrzeć, jak zakwitną kasztany... 

15:58, babciabezmohera
Link Komentarze (3) »
niedziela, 27 kwietnia 2008
Przedmaturalne emocje

Zdążyłam zapomnieć, jak wyglądały egzaminy maturalne zdawane przez moje dzieci, a tu- łup!- pierwszy wnuk zdaje maturę. Jest już po dopuszczeniu. Zapowiedział swój przyjazd do dziadków na ten tydzień. Bardzo się cieszymy. Na pewno zagwarantujemy mu dobre warunki do ostatnich powtórek przed egzaminami, ale też możliwość odpoczynku i nabrania sił przed pierwszym poważnym sprawdzianem.

Jestem z nim myślami już teraz i mocno trzymam kciuki. Wierzę, że przejdzie pomyślnie przez egzaminacyjne sito, ale gdzieś na samiutkim dnie duszy przycupnął cień niepokoju. Wiem, że jedyne co mogę zrobić, to skutecznie rozprawić się z tym niepokojem, bo zarazić nim bardzo łatwo a zdecydowanie tego nie chcę! Wszystko będzie dobrze! Musi być dobrze! 

15:31, babciabezmohera
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 kwietnia 2008
Próba samookreślenia

Najpierw czytałam, dziś oglądałam w TV wywiad z Babcią Halną. Pisze bloga, z internetem jest za pan brat, przyjaciól ma na całym świecie. Wiek - drobnostka- 87 lat! Podziwiać czy zazdrościć? Niewątpliwie jedno i drugie.

Zmusiło mnie to do spojrzenia niejako z zewnątrz na siebie samą: własny sposób myślenia, stosunek do ludzi i świata, formy codziennej aktywności. Jaka właściwie jestem- stara czy młoda? Metrykalnie nie ma najmniejszych wątpliwości, że przekroczyłam granicę wieku, od której ludzi uważa się już za starych, choć trochę mi jeszcze brakuje do osiągnięcia godnego wieku Babci Halnej. Zdrowotnie- można wytrzymać, mentalnie... tu zaczynają się wątpliwości. Bywają dni, kiedy czuję się tak młoda duchem, że z nastolatkami mogłabym plotkować o wszystkim i niczym, po czym dopada mnie współczesność, w której się gubię, przed którą czuję respekt ale i  niepewność,  i niepokój, i rodzaj nieporadności.

Z jednej strony krytycznie patrzę na gry komputerowe, które wspólnie pochłaniają syna i wnuka /że zobojętniają na świat rzeczywisty, że zamrażają empatię, zubożają uczucia, że ograniczają rozwój, że... można jeszcze dalej wymieniać/, z drugiej strony przepełnia mnie bezbrzeżny zachwyt, że w końcu mały przecież chłopak z taką swobodą porusza się w wirtualnym świecie, który dla mnie cały czas stanowi tajemnicę nie do ogarnięcia.

Z jednej strony zazdroszczę dzieciom ciekawości świata i lekkości, z jaką poznają odmienności kulturowe różnych krajów i narodowości, z drugiej- sama wcale nie mam ciągot do wojaży, bo nieznane budzi lęk silniejszy niż ciekawość świata a bariera językowa jest nie do pokonania.Teoretycznie niby zawsze można spróbować nauki języka obcego, ale  od razu pojawia się myślenie: w tym wieku?! z taką pamięcią?! co jej właściwie odbiło?!!

Z jednej strony mam świadomość, że moje życie było bardzo bogate w różne doświadczenia, które zaowocowały dojrzałością i odpornością na przeciwności życiowe, z drugiej strony ta świadomość poszerza się o wiedzę, że mój czas już minął i że każda moja aktywność będzie już tylko prywatną walką o względnie ciekawe przeżycie kolejnego dnia. Chociaż- może to właśnie o to chodzi...

A kotów, niestety, nadal nie ma... 

14:52, babciabezmohera
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 kwietnia 2008
Boję się pisać, nie umiem!

Wróciłam z wyjazdowych świąt zmęczona ale bardzo, bardzo szczęśliwa i- nie umiem się skupić na pisaniu. Zniknęły oba nasze koty. Miały zapewnioną opiekę na czas naszej nieobecności, były wysterylizowane, więc nie w głowie im były marcowe kocie zaloty i łazęgowanie /zresztą bywało już tak, że wyjeżdżaliśmy i nigdy nic złego się nie działo!/. Jeden nie wrócił do domu w dzień naszego przyjazdu, drugi dwa dni po. Nie były rasowe, zwykłe dachowce- przybłędy,  które dostały od nas to, co mogliśmy im dać: wolność, pełną miskę i miłość. Nigdy nie oddalały się od domu, choć miały pełną swobodę i poszanowanie indywidualności, zawsze wracały na noc.

A  t e r a z  i c h  n i e  m a!!! Mam wewnętrzne przekonanie, że coś im się stało, że skrzywdzili je źli ludzie.

Szukaliśmy wszędzie, poruszyliśmy niebo i ziemię, by je odnaleźć, czegoś się dowiedzieć... bez rezultatu! W kącie pod schodami stoi kuweta z piaskiem, w kuchni- miski z wodą i suchym jedzeniem. Nie likwiduję tego, nie umiem, choć praktycznie nie mam już nadziei, że koty mogą jeszcze wrócić, nawet myśląc o możliwości sprzątnięcia czuję się podle- jakbym dopuszczała do siebie zgodę na ich nieobecność. Nigdy nie sądziłam, że do zwierząt można się tak przywiązać, że może ich aż tak bardzo brakować! Smutno mi i źle... 

12:37, babciabezmohera
Link Komentarze (1) »
Archiwum
Zakładki:
Ciekawostki internetowe
Http://piosenka-turystyczna.w.interia.pl/Zlota%20kareta.htm