RSS
piątek, 31 lipca 2009
Kamyczek do ogródka naszych rodzimych rzemieślników

Zaczęło się od tego, że mój pan małżonek uparł się na kominek. Broniłam się przed tym, jak długo mogłam. Ostatnim argumentem przed definitywnym złożeniem broni było:- Ale mają zrobić to fachowcy, żadna "złota rączka" nie wchodzi w rachubę! Gra toczy się o bezpieczeństwo nasze i tych, którzy po nas będą tu mieszkać!  I na tym ostatecznie stanęło- firma była jak się należy z DYPLOMAMI i CERTYFIKATAMI wszelakimi możliwymi.

Na początku nawet jakoś się paliło, tyle że po pewnym czasie / może po roku, po dwóch../ po bokach kominka pojawiły się czarne smugi a paliło się coraz gorzej- ewidentna nieszczelność. Chałupa brudna jak 150, zadymienia pojawiły się także na suficie wokół kominka. No, nie można tak żyć- trzeba odnowić! Znowu stanęłam okoniem- nie będzie żadnego odnawiania, dopóki nie sprawdzi się kominka, bo bez tego para w gwizdek- po roku będzie to samo!

Przyjechali /grzecznościowo, bo było już po gwarancji!/ ci sami fachowcy z DYPLOMAMI i CERTYFIKATAMI, by z grubsza obejrzeć i stwierdzić, że kominek jest o.k. ,problem może być z kominem- może zapchany...a oni tu nie mają nic do roboty! Nie będę się rozwodzić- wezwaliśmy kominiarza z DYPLOMEM i CERTYFIKATAMI- a jakże. Przyjechał z pomocnikiem. Zadał szyku strojem- tylko się za guziki łapać- i porozumiewaniem się z pomagierem przez radiotelefon, bo tamtego wysłał na dach! Stwierdził niedrożność wszystkich kominów- łącznie z wentylacyjnymi!- określił mniej więcej na jakiej wysokości, postraszył, że jeżeli kominy nie będą udrożnione, to grozi zaczadzenie i obiecał przygotować ekspertyzę na piśmie, po czym zainkasował 300 zł i pojechał w cholerę!

Ze stanu ogłupienia wyszliśmy na tyle późno, że mogliśmy jedynie ubolewać nad własnym brakiem refleksu. No bo w gruncie rzeczy od czego właściwie jest kominiarz, jak nie od tego żeby udrożnić nieczynne z takich czy innych powodów kominy. To, że kominy mogą być niedrożne, sami się domyślaliśmy i żadna ekspertyza sama w sobie nie była w stanie komina nam przepchać. Ale kominiarz był już wtedy daleko! Może następnemu frajerowi pisał ekspertyzę za 300zł...

No i co , babciu kochana? Na co nam przyszło?! Ano, przyszło nam stanąć twardo na ziemi i przeprosić się z majstrem "złotą rączką", który pracuje na państwowym- jak Pan Bóg przykazał- a fuchy robi po godzinach. I tani jest, i solidny, i terminy ma tak zapakowane, że trudno się z nim umówić, ale po znajomości, przez koleżankę... czekaliśmy tylko 2 miesiące.

Z tego, co wiem- nie ma DYPLOMU ani CERTYFIKATU- po prostu ma wiedzę, jest pracowity i solidny! Pracował 3 dni, udrożnił kominy, naprawił wentylację, zamontował drzwiczki do wybierania sadzy, bo przecież tamci fachowcy nie wiedzieli, że jak się w piecu pali, to sadza ma prawo się zbierać i raz na jakiś czas trzeba ją po prostu usunąć!!!

Niech żyje i ma się dobrze majster "złota rączka" bez DYPLOMU i CERTYFIKATU! A ty, głupia babo, pozbądź się resztki złudzeń, że nasze rodzime firmy są zainteresowane robieniem czegoś więcej oprócz pieniędzy!

P.s. Jeśli nie będzie trzęsienia ziemi i plany nie powywracają się do góry nogami, to w poniedziałek, wtorek rozpoczynamy odnawianie chałupy. Już jesteśmy umówieni z następnym panem-"złotą rączką"! ;))))

23:18, babciabezmohera
Link Komentarze (20) »
niedziela, 26 lipca 2009
Siła reklamy a resztka rozumu

W gruncie rzeczy raczej jestem odporna na reklamę a w każdym razie chcę w to wierzyć. Co prawda uwielbiam reklamę sklepu /za Rondem Starzyńskiego/z odzieżą używaną: TANI ARMANI- U NAS JEDYNIE KLIENT JEST DROGI! /jeśli przekręciłam, to nieznacznie!/, ale jest to uwielbienie czysto platoniczne, bo nawet w tym sklepie nie byłam...

Ale i mnie reklama dopadła i na jakiś czas pokonała! A było to tak!

"Rok akademicki" UTW trwał w najlepsze, gdy po którymś wykładzie pojawiła się pani z sugestią, by zainteresować się formą ćwiczeń usprawniających, zatytułowanych skromnie "50+". Co prawda plus przy mojej 50-ce wyraźnie kłuł w oczy, ale udałam, że tego nie zauważam i łyknęłam reklamę jak kaczka kluchy! No bo teraz, proszę państwa, nabiorę wigoru jak nastolatka, złapię kondycję jak się należy, podbiegnę do autobusu bez języka na brodzie i  rozpaczliwego ziajania przez następne 5 minut- po prostu szczyt formy i słońce w kapeluszu! No i się zaczęło!

Ćwiczenia "50+" okazały się być typowym aerobikiem, ale że w grupie ćwiczących pań - lepiej czy gorzej- jakoś dawałam sobie radę i nie honor było się wycofywać po dwóch czy trzech spotkaniach, więc zostałam!

Po godzinie bardzo różnorodnych ćwiczeń pot ściekał ze mnie strumieniami, serce waliło jak oszalałe i oddychałam z niejakim trudem- ale trwałam dzielnie i stanowczo! Do czasu... Otóż jak to w moim wieku bywa, chęci sobie a realia sobie- dopadły mnie korzonki! I dopiero to pozwoliło mi oprzytomnieć i odzyskać resztki rozumu!

Wtedy i argumenty nagle się znalazły- jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale żeby odzyskać rozum, trzeba było najpierw dostać po krzyżu i ...po kieszeni, bo ćwiczył, nie ćwiczył- za uczestnictwo w grupie trzeba było zapłacić.

Przeliczyłam na lewo i prawo i wyszło mi, że za to, co tu zapłacę, spokojnie kupię w sklepie sportowym podstawowe przyrządy. I nawet tego nie było trzeba, bo widać puściłam farbę w odpowiednim czasie i miejscu- i na urodziny miałam już podstawowy zestaw- w prezencie od dzieci. Wszystko leży odłogiem?...o! co to, to nie! Ćwiczę prawie codziennie, ale tyle ile chcę- bez przymusu i zlepionych potem strąków na głowie. I teraz wreszcie jest dobrze a rozum- późno bo późno ale zwyciężył!!  ;)))

16:15, babciabezmohera
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 20 lipca 2009
Fioletowy kapelusz, czyli: ile dziecka w tobie?

Lojalnie uprzedzałam, że poprzedni wpis zaledwie przygotowuje do zasadniczego tematu. Dla mnie e-mailowy fioletowy kapelusz jest synonimem luzu i spontaniczności, figlarności wewnętrznego dziecka, któremu więcej przecież wolno i wypada niż dojrzałemu człowiekowi. I temu właśnie chciałabym się dziś przyjrzeć.

Czasem zastanawiam się, które momenty są dla mnie ożywczym wspomnieniem i dochodzę do przekonania, że wszystkie te, kiedy cieszyłam się życiem w zgodzie ze sobą, kiedy spod sztywnego pancerza "wypada- nie wypada" wyglądało moje prawdziwe "Ja", kiedy pozwalałam sobie na pełną spontaniczność.

Ja- stara kobieta uganiałam się za mewami po pustej plaży; ja- już dorosła odważyłam się wsiąść na kucyka i niepomiernie bawiły mnie zgorszone miny świadków tego wydarzenia; ja kopałam z wnusiem piaskowe budowle na plaży i wcale nie jestem pewna, które z nas dwojga bardziej było zaangażowane w tę pracę-zabawę...

Czasem przychodzi refleksja, że milsze i ciekawsze byłoby życie, gdyby człowiek od czasu do czasu wyłaził ze swojej skorupy i pozwalał sobie na relaks i odreagowanie trudnych doświadczeń, żeby aż tak mocno nie pętał swoich naturalnych i szczerych odruchów, które przecież nikomu krzywdy nie robią a ułatwiają i umilają życie.

Ostatnio mój Fioletowy Kapelusz zażyczył sobie na "szmatach" bluzki- z niebywale błyszczącego, lejącego się materiału, z całkiem sporym dekoltem, bez rękawów... pełny odlot! I żeby było śmieszniej, kupiłam za 10 złotych tę koszulkę z pełną świadomością, że w 99/100%- nigdy jej nie założę, bo to zwyczajnie nie mój styl i nigdy nie rajcowały mnie błyskotki  z półki Wiśniewskiego czy Dody. Co mi odbiło, do dziś nie wiem... chyba po prostu zrealizowałam chwilowy kaprys swego wewnętrznego dziecka i -o dziwo!- wcale tego nie żałuję a traktuję jako luzacki figiel! ;)))

I na koniec: dowodem na to, że jestem w całkiem niezłej komitywie z moim świrowatym wewnętrznym dzieckiem jest ciekawość świata i fakt, że tu jestem i od czasu do czasu coś piszę... ;)))

14:18, babciabezmohera
Link Komentarze (30) »
piątek, 17 lipca 2009
Tytułem wstępu

Kobiety

 

 

Kiedy ma 5 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi ksężniczkę.

Kiedy ma 10 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi Kopciuszka.

Kiedy ma 15 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi obrzydliwą siostrę przyrodnią Kopciuszka: "Mamo, przecież tak nie mogę pójść do szkoły!"

Kiedy ma 20 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi się "za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste", ale mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 30 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi się "za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste", ale uważa, że teraz nie ma czasu, żeby się o to troszczyć i mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 40 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi się "za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste", ale mówi, że jest przynajmniej czysta i mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 50 lat:

Ogląda się w lustrze, mówi: "Jestem sobą!" i idzie wszędzie.

Kiedy ma 60 lat:

Patrzy na siebie i wspomina wszystkich ludzi, którzy już nie mogą na siebie spoglądać w lustrze. Wychodzi z domu i zdobywa świat.

Kiedy ma 70 lat:

Patrzy na siebie i widzi mądrość, radość i umiejętności. Wychodzi z domu i cieszy się życiem.

Kiedy ma 80 lat:

Nie troszczy się o patrzenie w lustro. Po prostu zakłada liliowy kapelusz i wychodzi z domu, żeby czerpać radość i przyjemność ze świata. :)))

 

Może wszystkie powinnyśmy dużo wcześniej założyć taki lilowy kapelusz...

/Tekst dostałam koleżeńskim e-mailem, gif od Aniagry- dziękuję, Aniu!/

20:57, babciabezmohera
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
Po tamtej stronie lustra

W poprzednim tygodniu koleżanka rzuciła hasło, że warto byłoby obejrzeć spektakl teatru Jandy- Lament. Pod gołym niebem, na Placu Konstytucji, wstęp wolny. Przymierzałam się do tej propozycji jak pies do jeża, bo ciągle coś mi stawało w poprzek: a to miałam wyjechać, a to trzeba usunąć ułamany ząb, a to... przeszkody narastały. Zdecydowałam się w piątek- ostatniego dnia teatralnej akcji.

Wybrałyśmy się z córką, tyle że pogoda była- jaka była: upał, nagłe ochłodzenie, deszcz, znowu słońce... nie była to aura szczególnie zachęcająca do godzinnego/?/ stania na świeżym powietrzu. Zaczęłyśmy się wahać, skoro jednak dzień miał być poświęcony kulturze, to po namyśle zdecydowałyśmy się odwiedzić Centrum Sztuki Współczesnej.

Pominę aktualne wystawy fotograficzne, bo choć obejrzałam je z dużym zainteresowaniem a nawet sentymentem /jedna z wystaw to spotkanie z przeszłością- m.in. zdjęcia Cybulskiego, German.../, to zdecydowanie większe emocje wywołała ekspozycja na piętrze.

Wydaje mi się, że nie jestem hermetycznie zamknięta na kulturalne nowości, ale sztuka współczesna- w każdym razie ta aktualnie prezentowana w galerii-w swojej ogólnej wymowie sprawia wrażenie dość przygnębiające. Pewnie tę własną opinię uznałabym za uzasadnioną swoim wiekiem i tradycjonalizmem poglądów, gdyby nie to, że podobny był odbiór mojej córki- młodej dziewczyny, otwartej na różne współczesne trendy. Moimi dominującymi uczuciami były- zdumienie i niepokój.

Wybierając się do Centrum, miałam pełną zgodę na oglądanie rzeczy niestandardowych i dziwnych, eksperymentów twórczych, ale to, co zobaczyłam, przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Miałam wrażenie, że twórcy/artyści chcą się zapisać w pamięci oglądających epatując okrucieństwem i mrocznością pomysłów oraz nagością ciała, przedstawianą w różnych konfiguracjach- we śnie, w marszu... W którymś momencie- po obejrzeniu ćwiczeń wojskowych w pełnym negliżu- na pytanie: co tu właściwie jest sztuką?- pozwoliłam sobie na żartobliwy komentarz, że niewątpliwie ogromną sztuką jest zgromadzić w jednym miejscu tylu chłopa na golasa i przekonać ich, żeby się pozwolili sfilmować w trakcie ćwiczeń. A serio- nie wiem, dlaczego ten filmik uznano za sztukę. Zresztą golizna bynajmniej nie była tym, co mnie najbardziej zszokowało.

Do dziś stoi mi w oczach głowa- nieforemna i nienaturalnie wielka- ludzka leżąca na podłodze, przyciśnięta do podłogi nogą ciężkiego stołu- obserwująca zwiedzających, wyrzucająca z ust jakiś zlepek jęków, syków, słów nie trzymających się kupy. Podeszłam bliżej, chcąc jakoś oswoić to horrendum, odrzeć z tajemniczości, odszukać rozwiązanie zagadki... Głowa popatrzyła na mnie pustym, martwym wzrokiem, zasyczała, zabełkotała... zrobiło mi się zimno! Odeszłam szybko.

Albo film- wykrzywiona w potwornym grymasie twarz człowieka, wkładającego do ust /może wyjmującego?/ grzałkę elektryczną- nie byłam w stanie tego oglądać. Zerknęłam i wycofałam się.

W tym zestawieniu obrotowa czaszka ludzka /żyrandol?/ z opalizujących szkiełek, może blaszek, podświetlana, igrająca plamkami światła po podłodze, jawiła się jako oryginalne, przyjazne i zabawne oświetlenie pokoju...

Może dosyć tych horrorów!

Na koniec opowiem o szafie, która mnie zaskoczyła i rozbawiła, a jednocześnie zmusiła do myślenia. Szafa byla piękna, solidna, przeszklona w środku. Ale szkło z lewej strony było zmatowiałe, niewyraźne, jakby mróz umieścil tam swoje kwiaty, za to z prawej wyraźnie było widać porzucone buty, jakiś zwitek materii, coś jeszcze, co wyraźnie zachęcało do bliższego obejrzenia zawartości szafy. Podeszłam dość energicznie, usłyszałam szczęk, trzask..- i tajemnicza szafa zasłoniła swoje wnętrze normalnym lustrem, w którym zobaczyłam własną ogłupiałą gębę! Nie, nie! Nie spasowałam. Z bezpiecznej odległości zaczęłam się skradać, żeby przechytrzyć niezwykłą szafę... efekt był dokładnie taki jak poprzednio!

No i po powrocie do domu długo miałam o czym myśleć! ;))

13:00, babciabezmohera
Link Komentarze (16) »
środa, 08 lipca 2009
Ludzie i ludziska

Zanim przejdę do rzeczy- dwa zdjęcia, kompletnie bez związku z planowaną treścią wpisu, ale drzewo- tylko patrzeć- przestanie kwitnąć a ma tak piękne kwiaty, jakby storczykowate, że warto je uwiecznić.

Drzewo ma wielkie liście, nieco podobne do mojego tulipanowca, więc wymyśliłam sobie, że to też tulipanowiec- tylko może jakaś inna odmiana. Nie upieram się przy swojej wersji, bo mój tulipanowiec rośnie już ze cztery lata /może więcej?/ i do tej pory nie raczył zakwitnąć, więc nie mam możliwości porównania kwiatów. Jeśli plotę głupoty, niech mnie ktoś poprawi- zero pretensji a wręcz przeciwnie: będę wdzięczna za informację o nazwie drzewa!

A drugie zdjęcie?

Jest tak typowe dla tegorocznego lata, że strach się bać- a jednak chcę je umieścić, bo zawsze fascynowało mnie niebo na parę minut przed burzą...

Z rozpędu jeszcze jedno!

A teraz już do rzeczy!

Moja ś.p. babcia Karolcia była niewyczerpaną kopalnią ludowych mądrości, powiedzonek i celnych określeń. Każdą nieledwie sytuację potrafiła spuentować zgrabnym komentarzem. I tak, gdy któreś z nas dotknęła krzywda czy niesprawiedliwość, mawiała:- Eee! Nie przejmuj się, są ludzie i ludziska!

Miało to oznaczać mniej więcej tyle, że wśród całej ludzkiej menażerii znajdą się, poza normalnymi ludźmi, także ci, którzy potrafią dopiec i zranić całkiem bez powodu i trudno się spodziewać, by w ciągu całego życia kogoś takiego nie spotkać. Toteż trzeba machnąć ręką, zignorować, a już na pewno nie przejmować się, bo nie warto! Ludziska zawsze byli, są i będą - i trzeba to po prostu przyjąć do wiadomości!

Przypomniało mi się to babcine określenie, bo w ostatnim okresie  ludziska przysporzyli mojej córci sporo nieprzespanych nocy i mocno naszarpali nerwów- a ja nie umiałam jej , jak widać, uodpornić na draństwo tego świata! Szczęśliwie to, co najgorsze, już minęło, ale nadal się zastanawiam, komu może być dobrze ze świadomością, że drugiemu dokuczył, że go oszukał, że chciał go wykorzystać czy okraść?! Nie wiem, czy uda mi się to kiedykolwiek zrozumieć...

20:28, babciabezmohera
Link Komentarze (21) »
Archiwum
Zakładki:
Ciekawostki internetowe
Http://piosenka-turystyczna.w.interia.pl/Zlota%20kareta.htm