RSS
piątek, 30 października 2009
Kocham cię, mamusiu...

Jakoś niedawno była na blogu Agry / przepraszam, to chyba nie tajemnica?/ rozmowa o okazywaniu uczuć, o tym, jak małe dziecko potrafi okazać miłość nie tylko przytuleniem się czy buziakiem, ale też słowami- co jest znacznie trudniejsze.

Przypomniał mi się wtedy wierszyk okolicznościowy, wygłoszony "ku czci mamy" na akademii szkolnej przez mojego synka i moje zawilgocone wzruszenie...

I otóż wracam ci ja z "kijkowania" do domu- telefon. Dzwoni ten sam , tyle że już bardzo dorosły synek, i słyszę:- Dzwonię, żeby ci powiedzieć- kocham cię, mamusiu i jestem z ciebie dumny!

Najpierw mnie zatkało, oczywiście pozytywnie, potem pomyślałam, że syn docenił mój wysiłek "kijkowania", o którym musiał się przypadkiem dowiedzieć, po czym - już na spokojnie dopytałam, o co chodzi i dowiedziałam się, że podobał mu się mój sposób prowadzenia bloga. No, miło mi się zrobiło niebywale!

I gdzieś w tyle głowy pojawiła się myśl: - Czy ja kiedykolwiek powiedziałam swojej matce/ojcu tak po prostu i zwyczajnie- kocham cię?... Chyba nie, nie mogę sobie przypomnieć... U nas w domu nie mówiło się o uczuciach. Było oczywiste, że kocha się rodziców i chyba oni o tym wiedzieli... przecież musieli wiedzieć! Teraz myślę, jaka to dla nich była ogromna strata- nigdy nie usłyszeć "kocham cię, mamusiu". Już im tego nie powiem...może stawiając kwiaty na płycie?...

Pomyślałam też, jakie to ważne umieć powiedzieć o uczuciach, jak wiele dobrego dzięki temu się dzieje... jak robi się ciepło i serdecznie...

Kocham Cię, Synku! Kocham Cię, Synku! Kocham Cię, Córeńko! Kocham Was, Wnusiowie! Kocham Cię, Staruszku...

Postaram się powtarzać to Wam jak najczęściej!

21:28, babciabezmohera
Link Komentarze (19) »
środa, 28 października 2009
Jeszcze nie wieczór

Dobry dzień, choć bardzo intensywny i emocjonalny- dlatego piszę.

Ciekawy wykład na UTW. Psychologia. Zawsze mnie interesowała. Jak być szczęśliwym i co to właściwie jest szczęście. Super temat, podany w atrakcyjnej formie wykład, okraszony dykteryjkami i niewymuszonym poczuciem humoru prowadzącej. Godzina przeleciała jak z bicza strzelił.

Spotkanie ze znajomymi paniami i miłe poczucie, że na nowym miejscu jestem już całkiem przyzwoicie zadomowiona.

Wreszcie film. "Jeszcze nie wieczór" Jacka Bławuta. Kupując bilet miałam mocno mieszane uczucia: z jednej strony bardzo chciałam go zobaczyć, skonfrontować z czytanymi wcześniej recenzjami; z drugiej- bałam się jego ciężaru, grozy samotnej, schorowanej starości, nieuchronności śmierci.

Film rewelacyjny! Właściwie wszystkie w jedną wiązkę zebrane ochy i achy i tak nie oddadzą wszystkich moich emocji, tego co przeżyłam. Po raz pierwszy od dłuższego czasu miałam ochotę bić brawo po zakończeniu filmu. To był koncert: obserwacji, prawdy psychologicznej o człowieku, gry aktorskiej, urzekającego klimatu, gdzie wzruszenie przeplata się ze śmiechem, by w niepokoju zastygnąć z tym śmiechem na ustach. Znakomity film o ludzkiej starości we wszystkich jej odcieniach- śmieszności i nieporadności, dziwactwach i chorobie. Kreślony tak ciepło, z takim wyczuciem i serdecznym uśmiechem, tak ujmujący...że jeszcze we mnie tkwi i pewnie zajmie ważne miejsce w zbiorach pamięci.

Bardzo się cieszę, że go obejrzałam! Świetny, optymistyczny film mimo dramatu choroby i śmierci...mimo świadomości nieuchronności przemijania.

22:08, babciabezmohera
Link Komentarze (15) »
wtorek, 27 października 2009
Ostatnie uśmiechy jesieni

Jak nie było, to nie było, a jak sypnęło zdjęciami to ponad miarę. Trudno! Takiej pięknej żółci dawno nie fotografowałam!

Miłorząb japoński. Warto uwiecznić, bo kolorystyka bajeczna a liście lecą i jeden silniejszy wiatr a nie zostawi na drzewie już ani jednego!

A to? Przecież aż się oczy śmieją do tych barw!

Kiść liści perukowca. Wygląda jak niezwykły egzotyczny kwiat! a to tylko zwykłe liście...

I niby na tym miałam skończyć, ale moje domowe kwiaty tak się rozszalały, że patrzę i sama nie wierzę! Podobno grudnik kwitnie w grudniu, stąd zresztą jego nazwa, tymczasem mój za nic sobie ma daty i dobre kwiatowe obyczaje i ani myśli czekać- kwitnie całym sobą!

A ja z przyjemnością patrze na jego niesubordynację! ;)))

17:44, babciabezmohera
Link Komentarze (15) »
piątek, 23 października 2009
Jesienne remanenty

Znacie? Znamy, znamy!! To pooglądajcie...

Przez ostatnie dni takie obrazki były codziennością. Jeżeli nie lało, to zaraz będzie lało lub też właśnie przestało lać / można podstawić: padać, siąpić, mżyć itp./.

Ale było też i tak:

Podobno to drzewko nosi nazwę tulipanowca. Przyjmuję na wiarę, co mi kto powie, bo nie  przyszło mi do głowy, że przecież mogę to sprawdzić w internecie... W każdym razie ma wielkie palczaste liście i teraz pięknie brązowieje!

A tu dzikie wino!

Może starczy na dzisiaj?...

To może jeszcze na koniec cała zbieranina jesienna- jako nowy bukiet. Hortensji w tym roku prawie nie było, więc dziury wypełniłam srebrnikami, chmielem i co mi tam w ręce wpadło... ale i tak wcale źle nie wyszło!

I zatrzymam tę jesień w wazonie pewnie do następnej! ;)))

 

18:39, babciabezmohera
Link Komentarze (26) »
czwartek, 22 października 2009
Udało się!!! ;)))

                              UDAŁO SIĘ!!!! UDAŁO!!! ;)))

Jestem tak podekscytowana, jakbym wygrała los na loterii! I niebywale z siebie dumna!

I teraz nie umiem się zdecydować, czy udawać skromnisię, czy też wzruszyć ramionami i z pogardliwą miną rzucić od niechcenia:- Przecież to tak proste jak koniec cepa!

A tak bez żartów- zawsze ogromnie się cieszę, jak uda mi się czegoś nowego nauczyć i widzę, że oliwienie mózgu psu na budę nie poszło!

No miałam problem, ale szczęśliwie już nie mam! Poszłam do zakładu, w którym co jakiś czas zajmują się moim komputerem. Szczerze popłakałam nad swoim kłopotem i poprosiłam, żeby pan fachowiec przyszedł i ściągnął mi program do zgrywania zdjęć na płytkę. - A po co?- zdziwił się fachman.- Przecież pani to ma w swoim komputerze!  Musiałam mieć dosyć głupią minę, bo szybko mnie uspokoił, że poinstruuje mnie, jak mam to zrobić. A ponieważ nie do końca ufałam swojej pamięci, to poprosiłam o kartkę i szybko porobiłam notatki.

I teraz cieszę się jak dziecko!

I zapraszam jutro na nowe zdjęcia! ;)))

19:24, babciabezmohera
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 19 października 2009
Pełny profesjonalizm!

Nazbierało mi się zdjęć w aparacie już zbyt dużo, więc postanowiłam zgrać je na dyskietkę a w aparacie skasować, żeby nie zajmowały niepotrzebnie miejsca. Z aparatu na komputer umiem, z komputera na dyskietkę- nie! Nawet miałam się tego nauczyć, fachura ściągnął mi odpowiedni program, po czym były problemy z komputerem a po naprawie program wywiało i zostałam z niczym. Trzeba było iść do fotografa. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą kabelek, przy pomocy którego zgrywam zdjęcia na komputer. Niby dobrze zrobiłam, ale i tak tylko niby!

Właściwego fotografa akurat nie było, zamiast niego było dwóch niekumatych- jeden młody i drugi stary. Wyłuszczyłam powód swojego przybycia i usłyszałam wyjaśnienie, że fotograf właśnie wrócił z dzieckiem od lekarza i zaraz po niego zadzwonią. Niestety, nie odbierał, więc stary zaoferował się, że po niego pójdzie /mieszka nad zakładem/. Cierpliwie czekałam, ale czułam, że zaczynam kipieć. Przyszedł wreszcie!

Wziął ode mnie aparat i wyjął kartę, po czym stwierdził, że nie mieści mu się do komputera a odpowiedniego kabelka to on, niestety, nie ma. Usłużnie podsunęłam mu swój kabelek, po czym poinstruowałam, gdzie ma go włożyć. /Nie do wiary! JA POINSTRUOWAŁAM FOTOGRAFA!!!/. Już podłączył do aparatu i do komputera, ale ciągle coś mu nie pasowało i już widziałam, że swojej sprawy u niego nie załatwię. Gula w gardle urosła mi do wielkości piłki ping-pongowej i jeśli miałam uniknąć eksplozji, powinnam co rychlej wyjść z tego zakładu, co też i uczyniłam. Na pożegnanie powiedziałam tylko, że tak prostą operację, jak zgranie zdjęć na komputer, to sobie sama zrobię- bez niczyjej pomocy!

Klęłam siarczyście przez całą drogę powrotną, bo w końcu do kogo ja poszłam w sprawie zdjęć- do szewca?!! do rusznikarza?!! do kowala?!!! NIE!!! DO FOTOGRAFA!!!- podobno! Niech jasny szlag trafi taki profesjonalizm. Nigdy więcej do niego nie pójdę, nie mogę tylko zrozumieć, jak to się dzieje, że taki niedouczony tłuk ciągle przecież jakoś funkcjonuje i że do tej pory nie splajtował!... Wielkie jest miłosierdzie naszych rodaków!

18:39, babciabezmohera
Link Komentarze (17) »
wtorek, 13 października 2009
Trzecie podejście

Ćwiczenia domowe wymagają ogromnej samodyscypliny a że z tą różnie jednak bywa, to i z ćwiczeniami- też! Niby się staram pamiętać i codziennie mobilizować oporny organizm, ale mam świadomość, że do ideału daleko, toteż gdzieś tam w tyle głowy mam zakodowane, żeby się cały czas rozglądać za batem, który by mnie skutecznie mobilizował do aktywności fizycznej, bo ta mi jest potrzebna jak powietrze! Nie dla figury- dla zdrowia!

Drugie podejście było do tai-chi.

Koleżanka, słuchając o mojej udręce z ćwiczeniami "50+", zasugerowała, że tai-chi ćwiczy już od jakiegoś czasu i że może by tu spróbować. Ćwiczenia są spokojne, nawet relaksacyjne, żadnych ograniczeń wiekowych- ćwiczyć może każdy, nawet 80-latkowie... No, cóż, czemu nie? Jestem otwarta na nowinki- spróbować zawsze można! Wszystko mi sprzyjało: zaczynał się nowy kurs- dla analfabetów w tej dziedzinie; cena była absolutnie symboliczna /37,50 za KWARTAŁ (!)-to dla emerytów- tak nawiasem, przy czym zajęcia 2 godziny- raz w tygodniu/; dojazd dobry; godzina odpowiednia- same plusy! Nic, tylko iść jak ćma do światła- toteż poszłam! /Żeby nie było- UTW nie ma z tym nic wspólnego./ To dlaczego strefiłam? Przez pamięć, ale chyba nie tylko...

Pojechałam na pierwsze zajęcia. Dowiedziałam się na wstępie, że mam prawo do trzech frajerskich sesji, żeby się zorientować, czy na pewno chcę w tym uczestniczyć i świadomie podjąć decyzję /kolejny plus!/. W szatni przebieranka- co kto tam ma, byle luźne i wygodne. Luda- ze 30, 40 sztuk, może więcej... płci obojga, wieku - od 16 /z wyglądu/ do 85 /z wyglądu/, postury bardzo różnej, czyli jak dotąd wszystko cacy! Jesteśmy wszyscy na ty, bo takie obyczaje tu panują. Pani instruktorka wygłasza kilka słów wstępu, ustawia nas rzędami w olbrzymiej sali gimnastycznej i ...zaczyna się! Instrukcja, pokaz- i tak 3 razy/ to zaledwie jakiś maleńki element kroku/, potem próbujemy naśladować razem z nią, potem sami- ona obserwuje, potem od początku, czyli korygowanie błędów w ruchu stopy i układach dłoni.

Wydaję się sobie śmieszna i żałosna. Nakładają mi się na siebie dwa obrazy: Bruce Lee i moje odbicie w lustrze. Z trudem powstrzymuję się, żeby nie ryknąć gromkim śmiechem, ale mityguję się wewnątrz z całą surowością:- Wiedziałaś, w co się pakujesz, to teraz się nie wygłupiaj! Staram się ćwiczyć najlepiej jak potrafię, ale łapię się na tym, że co rusz zapominam, co zrobić z rękami...

W ciągu dwu godzin ćwiczeń "opracowaliśmy" 2 kroki / słownie: dwa!/, po czym w ciągu 15 minut spokojnie zapomniałam kolejność układu. Następnie dowiedziałam się, że ćwiczenia wykonuje się krok po kroku, przechodząc płynnie do kolejnego i kolejnego, i kolejnego... a cała sekwencja kroków liczy ich sobie... no, uwaga: 128 albo 138- już zapomniałam. Wymiękłam całościowo! Niby zgłosiłam wątpliwości, że skoro mam trudności z zapamiętaniem takiego mini-układu, to co mówić o całości sekwencji... Nie martw się, niczego nie musisz pamiętać, po pewnym czasie twoje ciało samo zapamięta! a któraś tam z boku złośliwie mi przywaliła, żebym nie była taka ambitna.

Nie byłam. Na drugie frajersko sprawdzające zajęcia już nie pojechałam- nie było czego sprawdzać: wiem, że to nie dla mnie!

No to czas na trzecie podejście- tym razem będzie to nordic walking. Czy coś z tego wyjdzie- nie wiem, ale mam nadzieję, ze może wreszcie tym razem będzie to coś trafionego, coś dla mnie?... ;))) W końcu łazić lubię a czy z kijami, czy nie- bez znaczenia! :)

12:00, babciabezmohera
Link Komentarze (34) »
piątek, 09 października 2009
Niech się stanie światło!

Maszyny budowlane zerwały kable. Gigant awaria. W całym mieście nie ma światła- godzinę, dwie, pięć, siedem... może dziś nie włączą?...

Dopiero w takich kryzysowych sytuacjach widzę jak na dłoni, jak bardzo jestem uzależniona od osiągnięć współczesności, jak nagle staję się bezradna i nieszczęśliwa. Jak szybko zapomniałam o zrobieniu zapasu nafty do lampy, o przycinaniu knota, żeby się lepiej paliło i o tym, żeby szkło nie było okopcone, bo wtedy i podkręcenie knota niewiele pomoże- światło będzie byle jakie!

Wielkie oczy? A dlaczego? Że niby dawno i nieprawda, i bajka o żelaznym wilku?! Ja to naprawdę świetnie pamiętam a bynajmniej nie jestem omszałą staruszką, choć- nie da się ukryć- swoje lata mam. Zresztą podejrzewam- i chyba nie bezzasadnie- że w czasach nam współczesnych jest jeszcze wiele rodzin bez elektryczności, bez lodówki, pralki, telewizora, komputera, że o innych cudach techniki nie wspomnę. I żyją, i funkcjonują...

Czemu o tym napisałam? Bo tak mi się pomyślało, jak mało we mnie pokory i pamięci, która pozwala tę pokorę odkurzyć, wypolerować, przygotować do użytku. I jak warto pamiętać, że nic w życiu nie jest stałe, pewne i dane raz na zawsze...

19:20, babciabezmohera
Link Komentarze (12) »
niedziela, 04 października 2009
Clematis tangutica

Zatrzymałyśmy się z siostrą przy puchatym bluszczu, głośno komentując jego urodę i niezwykłość, bo w gruncie rzeczy przez cały rok zaskakuje czymś nowym w swoim wyglądzie.

Przechodząca dziewczyna usłyszała naszą rozmowę, zaprawioną żalem, że nie znamy nazwy tego pnącza. - To wiciokrzew tunguski! Można znaleźć na allegro!

W ten sposób poznałyśmy nazwę rośliny.

To oczywiście wiosną.

Zanim rozwinie się w czteropłatkowe rozłożyste kwiaty, wiszą brzuchate żółte baloniki jak chińskie lampiony- nawet nie wiem, czy nie ładniejsze niż kwiaty?...

Ale przychodzi wrzesień, październik- i znowu jest inaczej!

Przepiękne są te seledynowo-srebrzyste puchacze!

A i później nie tracą na uroku, choć znowu zmieniają wygląd. Niestraszna im późna jesień ani zima. Tkwią na gałązkach jak puchate kulki bawełny. Tylko wczesną wiosną, po zmaganiach i szarugach jesienno-zimowych, zanim nie pojawią się młodziutkie listki, brzydną i wyglądają jak brudna, skołtuniona wata, wyciągnięta po zimie spomiędzy okiennych framug.

Ale przecież nie można wymagać, żeby cały czas było idealnie i urokliwie- musi być i trochę szarzyzny, i trochę codzienności.

Ale do bawełnianych zimowych kulek powojnika /wiciokrzewu, clematisa/ jeszcze trochę... Dobrze! Bo wcale mi się do zimy nie spieszy! ;))

16:44, babciabezmohera
Link Komentarze (21) »
czwartek, 01 października 2009
Rashomon, czyli same wątpliwości

Od dłuższego czasu trwa szum medialny w sprawie aresztowania Romana Polańskiego. Nasunęło mi się skojarzenie z filmem Akira  Kurosawy- każdy ma jakąś swoją rację i swoją prawdę. Nic nie jest jednoznaczne i ostateczne, i chyba dlatego tak trudno zająć jednoznaczne stanowisko w tej niewątpliwie trudnej i skomplikowanej sprawie.

Chyba zazdroszczę tym, którzy potrafią zawyrokować: czarne- białe. Kiedyś też tak miałam. Byłam młoda, miałam skonkretyzowane poglądy i nie podlegające dyskusji autorytatywne oceny- jest TAK, bo ja TAK uważam. Jeszcze mi to czasem wraca, ale niezwykle rzadko. Teraz pojawia się coraz więcej pytań, coraz więcej wątpliwości. Zapoznaję się /słucham, czytam../ z różnymi komentarzami, staram się je analizować, wypośrodkować przedstawione w nich racje; czasem udaje mi się wypracować własne stanowisko, czasem zostaję niepewna i rozdarta między różnymi racjami.

A w tej konkretnej sprawie?

Właściwie wszyscy mają rację: 1) czyn jest wyjątkowo odrażający i reżyser powinien zostać ukarany, bo jego wielkość jako twórcy nie zwalnia go z odpowiedzialności za popełnienie przestępstwa; 2) trudno się dziwić, że uciekł, skoro groziło mu zlinczowanie zamiast sprawiedliwego procesu, co miało pomóc w spełnieniu politycznych ambicji prokuratora stanowego; 3) rację ma matka, domagając się kary za krzywdę własnego dziecka; 4) rację ma /dorosłe już dziś/ dziecko, które wybaczyło swemu krzywdzicielowi i chciałoby raz na zawsze temat zamknąć...

I wiele pytań: 1) kto jest odpowiedzialny za to, że 13-letnie dziecko puszczone samopas trafia do artystycznego światka o - delikatnie rzecz ujmując- rozwiązłej obyczajowości? 2) jaka kara jest adekwatna do popełnionej zbrodni? 3) co można uznać za okoliczności łagodzące- czy takie w ogóle są? 4) czy w tej sytuacji można mówić o przedawnieniu? 5) czy... 6) kto... 7) dlaczego... 8) jak...- pytania, pytania, pytania. Im bardziej się w nie zagłębiamy, tym więcej pojawia się nowych.

Trafił mi do przekonania dzisiejszy komentarz w TOK FM-ie a właściwie pytanie: dla kogo tak naprawdę dobre jest ponowne wrócenie do sprawy sprzed lat? I wyszło na to, że chyba dla nikogo: - machina sprawiedliwości + żądne sensacji media przetoczą się z całą bezwzględnością przez ofiarę tamtych wydarzeń, której udało się odciąć od przeszłości, założyć rodzinę, normalnie żyć... jej dzieci będą musiały zmierzyć się teraz z tym, co się kiedyś wydarzyło; - stary człowiek, który jakoś zadośćuczynił swojej ofierze- na tyle, że czyn został mu przez nią wybaczony, zostanie ukamienowany przez żądne sensacji media za tragiczny grzech młodości; -i nawet prawo nie zyska na prestiżu, bo co to jest za prawo, które niszczy po równo kata i ofiarę, i jego celem jest odwet a nie sprawiedliwość?...

Żal mi wielkiego reżysera, który w młodości pomyślał ... /przepraszam!/ zamiast głową, nieporównywalnie bardziej żal mi młodej kobiety, której trauma przeżyta w młodości wróci teraz zwielokrotnioną czkawką, żal mi jej dzieci, jej rodziny... Życie potrafi być bardzo okrutne!!

13:17, babciabezmohera
Link Komentarze (24) »
Archiwum
Zakładki:
Ciekawostki internetowe
Http://piosenka-turystyczna.w.interia.pl/Zlota%20kareta.htm